Ocena wątku:
  • 2 głosów - średnia: 4.5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Polecane artykuły
Gdzieś widziałem, że proces opanowało ileś tam spółek i tylko cena wyprodukowanego paliwa była nieadekwatna. Teraz Bill zszedł do wartości znośnych.
Sebastian Flak
Odpowiedz
Gawain napisał(a): Jak patrzę na taki episkopat to ja czuję, że z takim kościołem mi nie jest po drodze.

Kiedyś ogólnie mądrzejsze mi się wydawały te księdze. Teraz jakieś głupsze się rozpanoszyły. A następnych w ogóle nie będzie, seminaria świecą pustkami. Im bardziej KrK będzie szedł za pan brat z władzą tym więcej ludzi się do niego zniechęci. Niech jeszcze PiS wprowadzi całkowity zakaz aborcji, kondonów i gejów to jeszcze szybciej jeszcze więcej ludzi się zniechęci.

Cytat:Jak informuje "Gazeta Wyborcza" do przepisywania list poparcia Marka Jakubiaka zatrudniono cudzoziemców z Ukrainy, Białorusi i Rosji. Sam kandydat na prezydenta mówi gazecie, że nie wiedział o tym procederze i zawiadamia w związku z tym prokuraturę.

Według informatora "Gazety Wyborczej" przepisywanie list poparcia było zorganizowane przy ul. Kopernika 30 w Warszawie i "polegało na wypełnianiu kartek (z listami poparcia - red.). Zgłaszającym się mówiono, że praca jest wykonywana ze względu na konieczność opracowania spisów wyborców, których nie można zrealizować w urzędach państwowych".

Zdaniem informatora ludzi do tego procederu "werbowano wyłącznie w rosyjskojęzycznych grupach". - Chodziło o to, by zadawali jak najmniej pytań – mówił informator "Gazecie Wyborczej".

Jak podaje informator gazety, jedno dnia można było sfałszować nawet ponad 17 tys. nazwisk. - Karty były wypełnione wyłącznie danymi: imię i nazwisko, adres oraz numer PESEL. Pola Lp. (liczba porządkowa) i własnoręczny podpis pozostawały puste - mówił informator "Gazecie Wyborczej".

W rozmowie z gazetą Marek Jakubiak twierdzi, że nie miał nic wspólnego z tym procederem i zawiadamia prokuraturę.

Na początku kwietnia informowaliśmy o tym, że mecenas Roman Giertych wezwał Państwową Komisję Wyborczą do sprawdzenia podpisów. O decyzji PKW poinformowała w piśmie będącym odpowiedzią na wcześniejszy wniosek Giertycha. Z opublikowanego pisma wynika, że "w przypadku wątpliwości dotyczących złożonych podpisów PKW przekazywała każdorazowo sprawę do Prokuratury Okręgowej w Warszawie".

https://wiadomosci.onet.pl/kraj/wybory-p...ka/7cse0my
Odpowiedz
https://kresy24.pl/panstwowa-inspekcja-e...64fICicFxY

Czarnobyl ugaszony

https://forsal.pl/lifestyle/zdrowie/arty...iczne.html

Leki od Fujifilm poleciały do 30 krajów świata w tym np. do Czech. Do nas doleciała fizyczna aberracja schroedingerowska, która jest jednocześnie i większa i mniejsza w środku i ma ładowność kurczliwo-rozkurczliwą. Dr Who moglby pomażyć o takiej TARDIS. Chuj z lekami.
Sebastian Flak
Odpowiedz
Gawain napisał(a): Leki od Fujifilm poleciały do 30 krajów świata w tym np. do Czech. Do nas doleciała fizyczna aberracja schroedingerowska, która jest jednocześnie i większa i mniejsza w środku i ma ładowność kurczliwo-rozkurczliwą. Dr Who moglby pomażyć o takiej TARDIS. Chuj z lekami.

Nam niepotrzebne leki. Mamy patriotyzm i dumę narodową i to wystarczy. Zresztą u nas prawie nikt nie choruje na koronawirusa - jasno mówią o tym licznie przeprowadzone testy. I prawie nikt nie umiera, a jeśli już to nie na jakiegoś kowida tylko na zupełnie z nim nie powiązaną niewydolność oddechową. Więc o co się burzysz człowieku. Jest super. Nawet o pieniądze nie mamy co się martwić, bo nawet gdyby zabrakło to pan Glapiński dodrukuje. Myślisz sobie, że co, że on i te jego dwie blondyny za nic biorą po ponad 50 tysi miesięcznie na głowę? O nie, co to to nie. Oni za takie marne w sumie pensyjki dzień i noc, wyłącznie z poczucia patriotycznego obowiązku, czuwają nad naszym dobrem. Po co nam Batman skoro czuwa Glapman?
Odpowiedz
https://t.co/GAK8nZe7Ia?amp=1&fbclid=IwA...wvFcqw6N-k

Gruba inba. Czyżby najgrubsza afera iv RP?
Sebastian Flak
Odpowiedz
Ciekawe kim są ci ważni pedofile. Gdyby dziennikarzom udało się dokończyć pracę, to byłaby rzeczywiście największa afera.
Odpowiedz
Tradycyjnie, kolejny dobry wywiad Sroczyńskiego - https://next.gazeta.pl/next/7,151003,258...zania.html

Cytat: Miliony ludzi na całym świecie zostały przeszkolone w czymś, co jest skrzywione i szkodliwe.
Co było najbardziej szkodliwe?

Optymalizacja.

Myśmy całkowicie zmienili modele zarządzania organizacjami, wszelkimi organizacjami, od firm, korporacji, poprzez sektor publiczny, służbę zdrowia, kulturę i sztukę, objęto tym nawet organizacje religijne. Czegokolwiek pan nie dotknie w dzisiejszym świecie, to nosi stygmat optymalizacji kosztów. Pandemia koronawirusa w dramatyczny sposób odsłania niedorzeczność tych modeli.
Ostatnio "Wyborcza" ujawniła, że w ramach "optymalizacji zasobów ludzkich" w karetce w Warszawie nie jeżdżą pielęgniarze i lekarz, tylko trzy jednoosobowe firmy.

To jeden z efektów. Menedżerowie służby zdrowia, którzy o tym zdecydowali, zostali wychowani przez moje pokolenie wykładowców.

Kiedy studiowałam zarządzanie - najpierw w Szwecji w Lund, potem w Polsce na Uniwersytecie Warszawskim - modele optymalizacyjne uchodziły za pasujące do niektórych sytuacji, ale marginalne. Dalekie od oczywistości. Myśmy pracowali na zupełnie innych modelach, które zmierzały do stabilizacji strategicznej.
Do czego?

Stabilizacja. Zupełnie inny cel zarządzania niż obecnie. Mówiło się, że najważniejszym zadaniem zarządzającego jest dążenie do przetrwania firmy. Taka była wręcz definicja zarządzania: to chronienie organizacji przed niepewnością.
Niepewnością?

Wydarzeniem nieprzewidywalnym. Upadkiem głównego kooperanta, który dostarcza ważny element produktu. Kryzysem gospodarczym. Zmianami na rynku pracy. Pandemia też do takich zdarzeń należy.

Dobre zarządzanie polegało na tym, że jeśli w otoczeniu pojawia się niepewność, to organizacja ma zasoby, żeby przetrwać. I temu podporządkowane były inne cele, w tym ekonomiczne. Firma musi zarobić na siebie i pomnożyć inwestycje, ale nie może tego robić kosztem odporności na zagrożenia. To były podstawy. A potem wszystko się zmieniło.
Kiedy?

W latach 90-tych. Zamiast stabilizacji strategicznej pojawiły się motywy, na które od początku reagowałam z nieufnością. Bo płynęły ze źródeł mniej naukowych, głównie z konsultingu i z literatury poradnikowej, która zaczęła zastępować w naszej dziedzinie solidne badania.
Chodzi o te wszystkie książki, jak osiągnąć sukces w biznesie, gdzie słynny menadżer tłumaczy, że tak i tak?

Nieprawdopodobne głupstwa tam wypisywano. To były rzeczy czysto komercyjne, miały na celu przyciągnięcie uwagi publiczności, żeby książka się sprzedała, a w przypadku konsultantów, żeby się sprzedał pakiet usług. Ludzie zupełnie nie rozumieli, że te treści nie są prawdą, byli wobec zalewu pseudonauki całkowicie bezbronni. Środowisko naukowe, zamiast z tym walczyć, przyjęło postawę uległości: no, skoro to piszą gwiazdy marketingu i zarządzania, ci wszyscy wielcy prezesi, to może mają rację? Szybko rozkwitła na tym gruncie dość spójna szkoła, którą w dużym uproszczeniu możemy nazwać szkołą optymalizacji. Przyjęła przeciwne założenie niż dotychczasowe: organizacja nie powinna być stabilizowana, stabilizację zaczęto traktować jako grzech główny. Nie było już ważne przetrwanie organizacji, tylko osiągnięcie maksymalnych korzyści finansowych.
A to jest sprzeczne z przetrwaniem firmy?

Nie jest sprzeczne - tak nam tłumaczono. Powoływano się w kółko na Miltona Friedmana, który po Noblu z ekonomii stał się gwiazdą i zaczął rzucać w wywiadach złote myśli w rodzaju "społeczna odpowiedzialność biznesu polega na zwiększaniu zysków". Te publicystyczne twierdzenia, wynikające z założeń czysto ideologicznych, zaczęto traktować jako coś, co ma naukowe podstawy.

Australijski profesor zarządzania Peter Fleming nazywa ten model "wreckage economics", czyli gospodarką demontażu, zniszczenia. Żeby ze wszystkiego, z czego się da, nawet z tego wraka, wyciągnąć, ile się da. I tuż przed pandemią koronawirusa to wciąż było uznawane za prawomocny model. "Asset stripping", czyli wydobywanie z przejętych firm zasobów bez patrzenia, że to może zaszkodzić "zasobom ludzkim" i całej firmie. Kiedyś o tych "zasobach ludzkich" mówiliśmy personel, kadry.
Dopóki rodzimy się i umieramy, póki światło jest w nas, warto się wkurwiać, trzeba się wkurwiać! Wciąż i wciąż od nowa.
Odpowiedz
Cytat:Dobre zarządzanie polegało na tym, że jeśli w otoczeniu pojawia się niepewność, to organizacja ma zasoby, żeby przetrwać. I temu podporządkowane były inne cele, w tym ekonomiczne. Firma musi zarobić na siebie i pomnożyć inwestycje, ale nie może tego robić kosztem odporności na zagrożenia. To były podstawy. A potem wszystko się zmieniło.
Kiedy?

W latach 90-tych.
Sraty, pierdaty.

Nikt się przecież nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji.
Organizacja odporna na wszelkie kryzysy po prostu nie istnieje.
Każdy menago powinien sobie to wykuć w kamieniu na swoim biurku.
Tak jak wały przeciwpowodziowe przygotowane na powódź tysiąclecia czy mury odporne na uderzenie asteroidy.
Typowe narzekanie z obowiązkowym smrodkiem "a kiedyś Panie, to było lepiej".
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
Cytat:Sraty, pierdaty.

Nikt się przecież nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji.
Organizacja odporna na wszelkie kryzysy po prostu nie istnieje.
Każdy menago powinien sobie to wykuć w kamieniu na swoim biurku.
Tak jak wały przeciwpowodziowe przygotowane na powódź tysiąclecia czy mury odporne na uderzenie asteroidy.
Typowe narzekanie z obowiązkowym smrodkiem "a kiedyś Panie, to było lepiej".

Naukowcy go nienawidzą, anonimowy internauta masakruje ich tezy kilkoma ogranymi bon motami, ZOBACZ JAK.
Dopóki rodzimy się i umieramy, póki światło jest w nas, warto się wkurwiać, trzeba się wkurwiać! Wciąż i wciąż od nowa.
Odpowiedz
To zadam ci proste pytanie retoryczne.
Czy kupiłbyś jakiś produkt (powiedzmy odkurzacz) wyprodukowany przez firmę, która zrobiła zapasy surowców na kilka lat produkcji, ma swoje generatory prądu i ujęcie wody, a samą fabrykę ulokowała we wnętrzu góry, coby się zabezpieczyć przed atomówką albo asteroidą?
Obstawiam, że taki odkurzacz kosztowałby kilka razy  więcej niż normalny, wyprodukowany w systemie JIT.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
Wolisz być ratowany przez ratownika medycznego na UOP, czy zoptymalizowanego, na śmieciówce/b2b?
Dopóki rodzimy się i umieramy, póki światło jest w nas, warto się wkurwiać, trzeba się wkurwiać! Wciąż i wciąż od nowa.
Odpowiedz
cobras napisał(a): Wolisz być ratowany przez ratownika medycznego na UOP, czy zoptymalizowanego, na śmieciówce/b2b?

Błąd tkwi w porównaniu karetki pogotowia do odkurzacza. Ten błąd popełniają tak leseferystyczni prywatyzatorzy służby zdrowia jak i różnego rodzaju Sroczyńscy z przeciwnego bieguna politycznego.
Wszystko ma swój czas
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem
Spoiler!
Koh 3:1-8 (edycje własne)
Odpowiedz
cobras napisał(a): Wolisz być ratowany przez ratownika medycznego na UOP, czy zoptymalizowanego, na śmieciówce/b2b?
Nie odpowiada się pytaniem na pytanie.
A nas Łódź urzekła szara - łódzki kurz i dym.
Odpowiedz
Cytat:Marek Migalski

Wczoraj wróciłem z pewnego kraju w Afryce, gdzie promowałem swoją najnowszą książkę „Homo Politicus Sapiens. Biologiczne aspekty politycznej gry”. Nie uwierzycie, z czym się tam spotkałem!!!
Za tydzień odbywają się w tym państwie wybory prezydenckie, ale – uśmiejecie się – obywatele jeszcze nie wiedzą gdzie zagłosują, jak zagłosują, czy korespondencyjnie czy też normalnie, czyli w lokalach wyborczych. Nie wiadomo zresztą, gdzie te lokale będą się mieścić oraz kto będzie liczył głosy. Jeszcze lepsze jest to, że jeśli zagłosują poprzez wysłanie głosu, to muszą do koperty włożyć informację o tym, kim są. Nazywają to peselese – taki numer, po którym władza może się zorientować, kim są!
To nie koniec. Karty do głosowania nie drukuje jakaś niezależna instytucja, lecz prywatna firma z obcym kapitałem, a całość nadzoruje facet z rządu, chyba wicepremier, albo szef służb specjalnych. Już teraz można te karty znaleźć dosłownie na ulicy. Mają one być dostarczone do wyborców w dwa dni przez inną firmę, której szefem jest były wiceminister wojny. Funkcjonariusze tej firmy mają dostarczać karty do głosowania wyborcom, ale nie znają adresów wszystkich z nich, więc wielu obywateli nie ujrzy swoich kart, a jeśli nie zastaną kogoś w domu lub ten ktoś nie ma skrzynki pocztowej, to mają zostawiać te głosy w drzwiach, albo na wycieraczce przed nimi. Czujecie?!! Ale dzicz, nie?!
To nie wszystko. Jest tam telewizja państwowa i radio państwowe, finansowane z budżetu, czyli przez wszystkich, ale tam chwalą tylko obecnego prezydenta i atakują wściekle wszystkich jego konkurentów. On zawsze pokazywany jest w pozytywnym świetle, a inni kandydaci w negatywny. Aha, jego w tych mediach jest więcej, niż wszystkich innych konkurentów łącznie. Murzyńskie standardy!
Do tego dochodzi prokuratura, będąca w rękach jednego z ministrów i dawnego kumpla obecnego prezydenta. Całkowicie podporządkowana interesom rządzących. Gdy pewna pani prokurator wszczęła śledztwo niekorzystnego dla kogoś z władzy, to jej przełożona umorzyła je w trzy godziny, a ta prokuratorka ma teraz postępowanie dyscyplinarne. Witajcie w Afryce!!
A teraz uwaga – o ważności wyborów będzie decydował Sąd Najwyższy, którego szefem jest popychadło partyjne, mianowane na tę funkcję – tak, macie rację!! – przez obecnego prezydenta! Dobre, nie? A szefową Trybunału Konstytucyjnego jest jakaś magister, która gotuje obiady szefowi największej partii, a on nazywa ją swoim „odkryciem towarzyskim”. Obłęd, nie?
Policja ochrania tylko władzę. Mają tam teraz jakąś zarazę czy coś takiego i obywatele nie mogą prawie wychodzić z domów. Ale władza może. Niedawno zorganizowali publiczne obchody katastrofy samolotowej, o której od lat rządzący mówią, że zabito w niej prezydenta tego kraju, ale jakoś nie potrafią wskazać sprawców, no i w czasie tych obchodów partyjni dygnitarze publicznie, na oczach wszystkich, łamali prawo, wjeżdżali do miejsc, gdzie nie wolno wjeżdżać i ogólnie wszystko mieli w d…, ale policja i wojsko ochraniały te uroczystości, przeganiając zwykłych ludzi.
Nikt tej władzy nie kontroluje, bo szefem instytucji, która ma to za zadanie, rządzący zrobili swojego kumpla, w którego nieruchomości prowadzony był burdel. No i ten teraz nie fika i na razie ani razu nic problematycznego dla władzy z tej instytucji nie wyszło.
To w sumie tyle. Więcej nie piszę, bo i tak byście nie uwierzyli. Aha, najlepsze jest to, że co najmniej połowie z tych Murzynów to się podoba i gdyby nawet wybory odbyły się uczciwie, to oni zagłosowaliby na obecnego prezydenta, który przez pięć lat, razem ze swoją partią, łamał konstytucję. Prawie nikt nie protestuje, a opozycyjni kandydaci kłócą się między sobą i walczą o to, by zająć drugie miejsce i dostać jakieś 15%, jeśli taka będzie wola władzy. Durne te czarnuchy, nie?!
Na szczęście nic takiego nie może stać się u nas, w europejskim kraju, który był drugim na świecie, gdzie uchwalono nowoczesną konstytucję. Polacy to jednak nie Murzyni!!

Czy naprawdę jesteśmy murzynami Europy?
Skoro jednak śmierć ustanawia porządek świata, może lepiej jest dla Boga, że się nie wierzy w niego i walczy ze wszystkich sił ze śmiercią, nie wznosząc oczu ku temu niebu, gdzie on milczy.
Albert Camus
Odpowiedz
Poligon. napisał(a): Czy naprawdę jesteśmy murzynami Europy?
Tak, ale nie tylko my. Węgrzy mają jeszcze większy problem, Słowaków dotyka to cyklicznie od upadku komuny, a Białorusini pewnie już nawet nie wiedzą że można inaczej.
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
https://subiektywnieofinansach.pl/czy-pi...y-polakow/

Cytat:Drukarki pracują? Będą efekty uboczne. Albo i nie


Reasumując: dopóki Polska ma swoją walutę, którą może dodrukowywać w miarę potrzeb (za pomocą opisanego powyżej mechanizmu) i finansować nią swoje wydatki oraz długi (i nie musi emitować obligacji w dolarach z takiego powodu, że złotowych nikt nie chce kupować), nie ma najmniejszej potrzeby nacjonalizowania niczyich depozytów. Wystarczy mieć wydajne „drukarki”.

Efektem ubocznym ich działania będzie spadek wartości oszczędności w bankach (inflacja) oraz spadek wartości nabywczej naszych pieniędzy, wyrażonej w innych walutach (osłabienie waluty). Czyli – pisząc po ludzku – za 1000 zł będzie można kupić coraz mniejszy kawałek smartfona, samochodu i telewizora (bo te rzeczy zwykle są produkowane za granicą i kupujemy je za dolary lub euro).

Jeśli chodzi o inflację, to jej nadejście nie jest przesądzone. „Wydrukowana” kasa może zostać „zbunkrowana” w aktywach takich, jak akcje, przez co nie wywoła wzrostu cen cukru i mięsa. Po drugie zaś można sobie wyobrazić scenariusz, w którym bank centralny „ściąga” z rynku nadmiar gotówki poprzez mechanizmy odwrotne do tych, które były wcześniej używane do jej „drukowania”. To podwyższenie stóp procentowych i „ściaganie” z banków nadmiaru płynności. Na dużą skalę przetestował ten mechanizm amerykański bank centralny, z sukcesem zmniejszając wartość dolarów krążących po świecie.


Lekarstwo? Cóż, od zawsze powtarzam, że warto część pieniędzy mieć w euro, dolarach, czy frankach, część zainwestować w „kawałki” spółek wypłacających dywidendy (ostatnio spadają, ale długoterminowo będą trzymały realną wartość pieniądza), część w złoto, a część w nieruchomości.

A część – i to całkiem dużo – „po bożemu” trzymać na depozytach i w polskich obligacjach, na wypadek, gdyby się okazało, że nasze drukarki są lepsze, niż „ich” drukarki. Że nasza wiarygodność jest większa, niż „ich” wiarygodność. I że nasza gospodarka stała się silniejsza, niż „ich” gospodarka.
Sebastian Flak
Odpowiedz
Gawain napisał(a): nie ma najmniejszej potrzeby nacjonalizowania niczyich depozytów.
Gawain napisał(a): Efektem ubocznym ich działania będzie spadek wartości oszczędności w bankach
Czym to się realnie różni od nacjonalizacji części depozytu? Uśmiech
Mówiąc prościej propedegnacja deglomeratywna załamuje się w punkcie adekwatnej symbiozy tejże wizji.
Odpowiedz
Dalej masz tą samą kwotę, tylko mniej wartą. Jak nie dochodzi do hiperinflacji i dewaluacji to może dojść do powrotu do wartości pierwotnej. Jak zajebią to nic nie wróci. Różnica jak między książeczkami na mieszkanie i chujową lokatą. Z tych pierwszych nie zostalo praktycznie nic. Te drugie są od lat i hajs mimo latania stóp jednak jakąś wartość zachowuje.
Sebastian Flak
Odpowiedz
https://wiadomosci.onet.pl/kiosk/zaginio...cs&utm_v=2

Żyją potomkowie Romanowów Duży uśmiech Coś tam kiedyś słyszałem, ale po riserczu wiem, że roszczą sobie prawa i do Prus i do tronu Polskiego. I teraz to sypiące się Imperium... Były by nieliche jaja jakby ktoś im eksportował teraz Romanowów i prawił propagandę, że to kara za detronizację, że Bóg się gniewa i żąda przywrócenia świętego przymierza Cerkwi i Cara, bo inaczej się Imperium rozleci... Duży uśmiech A jeszcze śmieszniej by było jakby to zafundowali im Niemcy Duży uśmiech
Sebastian Flak
Odpowiedz
https://rekinfinansow.pl/nbp-dodrukuje-1...t-miesiac/

Cytat:Konstytucja zabrania drukowania pieniędzy na pokrycie dziury budżetowej. Specjalnie wpisano to w konstytucji w 1997 roku aby nie doprowadzić Polski do bankructwa. W konstytucji jest też zapis maksymalnego zadłużenia publicznego 55% i 60% PKB. W praktyce już rząd PO-PSL przekroczył ten próg, zastosowano wtedy sztuczkę księgową, przesuwając zobowiązania z tytułu obligacji skarbowych OFE do ZUS. To co robi obecny rząd także jest obejściem tych progów zadłużenia, z ta różnicą, że tworzy się zupełnie nowy dług. Przypomnę, że w momencie przekroczenia progu rząd jest zobowiązany ciąć wydatki. Ponad 100 mld zł rocznie rząd mógłby oszczędzić poprzez:

likwidacje przywilejów emerytalnych
prywatyzację górnictwa
likwidację zasiłków socjalnych z 500+, 13 i 14 emeryturami na czele
znaczne uproszczenie prawa i redukcję etatów urzędniczych
Gdyby od 2016 roku nowy rząd RP prowadził odpowiedzialną politykę fiskalną, a NBP monetarną, sytuacja finansowa Polski w kryzysie byłaby znacząco lepsza. Niestety pieniądze zostały przejedzone, a iluzja socjalistycznego dobrobytu trwała ledwie 3 lata i 9 miesięcy (przyjmując za start pierwsze wypłaty 500+).

Jak technicznie wygląda dodruk NBP?
Dotychczas polski bank centralny drukował pieniądze tzw. mechanizmem „REPO” czyli skupował obligacje skarbu państwa od banków komercyjnych oraz Banku Gospodarstwa Krajowego za świeżo wydrukowaną gotówkę. Banki komercyjne z kolei, stosując mnożnik pieniądza pompowały pieniądze w rynek – do firm i gospodarstw domowych. Przypominam tylko, że NBP jako jedyny podmiot może w Polsce emitować pieniądz.

Wspomniane 100 mld zł dodrukowane zostanie jednak w zupełnie nowy sposób. Formalnie dług z dodruku nie kwalifikuje się jako dług publiczny lecz w praktyce nim jest. Polski Fundusz Rozwoju (PFR) wyemituje obligacje dłużne bez pokrycia. Dług PFR ma skupić następnie Narodowy Bank Polski. PFR otrzyma świeżo wydrukowaną gotówkę, którą wpompuje bezpośrednio do przedsiębiorstw.

Wg zapowiedzi:

do mikrofirm trafi 25 mld zł
do małych i średnich firm 50 mld zł,
do dużych przedsiębiorstw 25 mld zł.
Oczywiście, tutaj rodzi się pytanie według jakiego konkretnie klucza zostaną rozdysponowane pieniądze i czy dla wszystkich wystarczy. Afera KNF, afera Get Back, afera Banasia dają pojęcie o poziomie korupcji w Polsce.

Konsekwencje dla Polaków
Dodruk pieniędzy bez pokrycia przez FED, EBC, BOJ przybrał niewyobrażalnych rozmiarów. Nie oznacza to jednak, że Polska powinna iść ta samą drogą. System monetarny w formie pieniądza papierowego albo kiedyś upadnie albo zostanie rozwiązany poprzez wysoką inflację. Polska, jako, że nie jest gospodarką samowystarczalną, łagodnie określając stan rzeczy, będzie importować także inflację dolarową i ze strefy euro.

Strona dziwna, ale artykuł ciekawy.

https://krytykapolityczna.pl/swiat/rosja...-gryczana/

A tutaj cudowny opis koronawirusa w Rosji. Inny Świat. Widać jak sporej części Polaków blisko jest do Rosjan. Zwłaszcza starszym pokoleniom.

Propaganda to cudowna rzecz.
Sebastian Flak
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości