04.01.2010, 23:32
Masximus: Co się stanie z ciałem jeśli dusza (ta niezwiązana z pracą neuronów) po prostu zniknie? (bo Bóg tak chciał
)
)
|
Powody aby wierzyć w to, że istnieje życie po śmierci
|
|
04.01.2010, 23:32
Masximus: Co się stanie z ciałem jeśli dusza (ta niezwiązana z pracą neuronów) po prostu zniknie? (bo Bóg tak chciał
)
04.01.2010, 23:44
Do zorientowanych:
czy zostało udowodnione, że NDE jest wywołane pracą mózgu? Bo jeżeli tak, to dalsze dyskusje nie mają sensu. W takim wypadku NDE ani nie daje dowodu na "życie po śmierci, życiu, czy też po prostu potem - jako dusza", ani jemu nie zaprzecza.
05.01.2010, 10:41
Kilgore Trout napisał(a):dlatego pisze "zycie po smierci" w cudzyslowiu. Ostatecznie moze to byc jakis inny stan, nie "zycie". Na przykład "bumba", stan ok. 100 razy gorszy od "zycia". Najpierw zyjesz a po smierci bumbisz. Istnienie nie musi sie ograniczac do jednego stanu "zycia". Na wszelki wypadek wolę jednak nie przyjmować bez zasadnych przesłanek ani pośmiertnego istnienia ani bumbienia. Ku chwale stanu równowagi psychicznej.
---
Najpewniejszą oznaką pogodnej duszy jest zdolność śmiania się z samego siebie. Większości ludzi taki śmiech sprawia ból.
Nietzsche ---
Polska trwa i trwa mać
05.01.2010, 14:36
Lumberjack napisał:
Cytat:Na wszelki wypadek wolę jednak nie przyjmować bez zasadnych przesłanek ani pośmiertnego istnienia... Naprawdę uważasz że 4 powody o których napisałem nie są takimi przesłankami dla których należałoby się zastanowić nad życiem po śmierci (jak wolisz pośmiertnym istnieniem).
05.01.2010, 22:46
Cytat:Powód nr 4) Paradoksalnie dla mnie ten który najbardziej mnie przekonał, czyli wspólne cechy przeżyć tych osób.Czyli uczucie błogości spokoju i miłości jak to relacjonują "ponad ludzkie pojęcie". Spotykanie znajomych którzy już umarli, a także przewodników duchowych.Czasami od tych osób dowiadują się jakiś faktów ze swojego życia o których nie mieli pojęcia a jak wracają do "świata żywych" to okazuje się, że to copowiedziano im w zaświatach było prawdziwe. Poza tym ich wspomnienia nie są podobne do snu. Raczej wręcz przeciwnie, mówią że to stan w jakimznajdujemy się na ziemi jest podobny do snu w porównaniu do stanu świadomości w zaświatach. Zdaję sobie sprawę z tego że jest to najsłabszy argument, ponieważ można po prostu powiedzieć że są to tylko wytwory ich mózgów, ale ja w to nie wierzę. Uważam że jest w tym "coś więcej". Zastanawiający jest sam fakt, że doznania tych osób mają tyle wspólnych aspektów. Moim zdaniem gdyby były to tylko wytwory ich wyobraźni to znaleźli by się tacy którym "śniłoby się", żenp idą do sklepu albo cokolwiek innego. Ale takich przypadków nie ma.Uczucie błogości i spokoju nie jest dowodem. Można to prosto wyjaśnić próbą "uspokojenia" umierającego przez mózg - nie od dziś wiadomo, że moment śmierci dla dużej większości ludzi jest najbardziej stresującym momentem w życiu. Można to załatwić wytwarzaniem substancji (nie pamiętam nazwy) dających właśnie szczęście. Spotykanie znajomych to też nic takiego - przecież pamiętamy, kto zmarł, kto nie, więc nie jest problemem przypomnienie sobie tego. Fakty z życia? Mógłbyś przytoczyć przykład? Raczej halucynacja pójścia do sklepu nie usunie stresu związanego z umieraniem. Fakt, coś w tym jest, że wszyscy przeżywają podobne rzeczy, ale tylko podobne. Gdyby to były owe 'zaświaty', czy nie powinny być dla każdego identyczne? Poza tym gdy uznajemy, że to mechanizm mózgu, to nie powinno dziwić, że relacje są podobne. Jakoś nikt nie dziwi się, kiedy dwie osoby widzą to samo, w końcu jest to mechanizm mózgu. Do tego punkt drugi - gdzie widziałeś opis takiego 'wspólnego NDE?' A skoro nie są ze sobą do końca, czy każdy idzie gdzie indziej? Ale w takim razie co z rodziną? Z tego co wiem idziemy do rodziny, ale nasza mama miała swoją mamę, z którą chciałaby przebywać, a ona również miała swoją - to tworzy łańcuch, który sprowadza do jednego miejsca wszystkich. Poza tym kluczowa jest tu odpowiedź na pytanie: Czy NDE wyjaśniono, popierając dowodami naukowymi, pracą mózgu? Jeśli tak, nie mamy o czym dyskutować.
12.01.2010, 17:29
masximus9800 napisał(a):... Był taki przypadek kiedy jedna dziewczyna mając NDE uniosła się w górę i widziała co czytała jej koleżanka którasiedziała nad nią (miały łóżko piętrowe). Kiedy po powrocie do świata żywych relacjonowała swojej koleżance co widziała w "zaświatach" ta myślała , że po prostu zfiksowała lecz kiedy powiedziała jej o czym ta czytała w książce i na której była stronie to koleżance opadła kopara. No to żeś zapodał niezbite dowody na istnienie życia po śmierci synek, no aż strach z tobą polemizować na ten temat. Co za ciemnota....
15.01.2010, 01:30
Jorge z Burgos napisał(a):No i "puknięcia", które występują przy przekraczaniu prędkości dźwięku w próżni, zaiste piękne.Próżnia nie jest pusta. To tyle gwoli technicznych spraw. Choć rzeczywiście dziwnie to wygląda. Choć byłoby o tyle dobre dla niektórych tez, że nasza świadomość jest zintegrowana z materią w jakiś sposób. Teh napisał(a):Po co ktoś męczył się ze stworzeniem tego wszystkiego, skoro można tak samo, a bez tego?A mnie dziwi dlaczego uważasz że ktoś miałby się tutaj z czymś męczyć. Marxon6 napisał(a):Dusza po prostu wnika w istotę rzeczy i widzi świat taki jakim jest naprawdę, jak mogłeś tego nie wiedzieć?:pA świat który widzimy to tylko iluzja. Więc który jest prawdziwy? masximus9800 napisał(a):Naprawdę uważasz że 4 powody o których napisałem nie są takimi przesłankami dla których należałoby się zastanowić nad życiem po śmierciO ile są wiarygodne. Jest jedna rzecz która może nakreślić, czy nasze ja się podziewa. Otóż w przyrodzie póki co nic nie ginie. Jeśli nasza świadomość może ingerować, nawet jeśli jest tylko procesem w mózgu, najprawdopodobniej śmierci tego czegoś może nie być, trzeba by jeszcze odpowiedzieć na pytanie w jaki sposób zaistniał świat. A tego póki co nie wiemy.
[SIZE="1"]. MRU .
............ [/SIZE]
15.01.2010, 02:09
Teh napisał(a):Do zorientowanych: Może nie jest to jakiś silny dowód, ale czytałem "kiedyś, gdzieś", że przy pewnych eksperymentach z pieszczeniem prądem pacjentów, następowały doświadczenia OOBE, w tym patrzenie na samego siebie z sufitu, przy zachowaniu pełnej świadomości.. no i będąc żywym. Lekarz prowadzący wysnuł wniosek, że jest to intepretacja mózgu na zupełnie obce mu bodźce. Widzenie, czy też rozmowy ze zmarłymi krewnymi, można ponoć doświadczyć słuchając szumu radiowego z zasłoniętymi oczami. Nie mogę potwierdzić, jako, że nie udało mi się tego osiągnąć. Próbowałem raz lecz potem stwierdziłem, że nie jest to jednak rzecz, której chciałbym doświadczyć
"What greater weapon is there than to turn an enemy to your cause? To use their own knowledge against them." - Bastila Shan (Star Wars: Knights of the Old Republic)
"The true test of a man's character is what he does when noone is watching."
15.01.2010, 23:50
Cytat:Zdefiniujmy roboczo duszę jako niematerialną, niezniszczalną część człowieka obdarzoną świadomością i pamięcią.Taki mały apel do ludzi od dusz i "innych niezniszczalnych części człowieka": pomyślcie trochę. Człowiek jest biologiczną formą życia, na której organizm składa się określona liczba cząsteczek różnych pierwiastków chemicznych. W skład tego organizmu wchodzi również mózg. Jeżeli teraz np. statek kosmiczny z człowiekiem podleci zbyt blisko słońca lub w pobliżu jego statku wybuchnie supernowa i struktura atomowa ciała człowieka zostanie całkowicie rozerwana a jego atomy zostaną rozdmuchane w sposób nieodwracalny w okoliczny kosmos, to ciało (a więc i umysł) tego człowieka przestaje istnieć. Życie tej biologicznej formy się kończy. Dla niego nie ma niczego takiego jak "życie po śmierci" lub "życie po życiu". On po prostu przestaje istnieć. Oczywiście to, że jakiś nieboszczyk leży sobie spokojnie w trumnie, 2 metry, pod ziemią (zmarł np. na zawał serca), nie stawia go w specjalnie lepszej sytuacji. Struktura fizyczno-chemiczna mózgu ulega degradacji i zniszczeniu. Tęsknota za istnieniem życia po życiu wynika moim zdaniem z trudności wyobrażenia sobie własnego niebytu (chociaż każdej nocy, której nic nam się nie śni, doświadczamy iluzji niebytu).
Zamierzam stworzyć mężczyznę i kobietę z grzechem pierworodnym. Następnie zamierzam zapłodnić kobietę samym sobą, tak abym mógł się narodzić. Będąc człowiekiem, zabiję się w ramach ofiary dla samego siebie aby ocalić Cię od grzechu na który Cię początkowo skazałem... TA DA!!!
16.01.2010, 00:16
NotInPortland napisał(a):Tęsknota za istnieniem życia po życiu wynika moim zdaniem z trudności wyobrażenia sobie własnego niebytu (chociaż każdej nocy, której nic nam się nie śni, doświadczamy iluzji niebytu). W moim przypadku wyobrażenie niebytu nie jest niczym szczególnym czy też odstraszającym. Niebyt sam w sobie powoduje ,że nie wiesz iż nie żyjesz. Niebyt nie sprawia bólu, itp. Jest właśnie jak ten sen. Gorsza jest perespektywa opuszczenia na zawsze bliskich ci osób. To może wzbudzac żal czy smutek. W końcu pomyślnie użyłem opcji quote
16.01.2010, 00:16
NotInPortland napisał(a):Człowiek jest biologiczną formą życia, na której organizm składa się określona liczba cząsteczek różnych pierwiastków chemicznych. tylko ze nie kazdy musi uznawac taki poglad NotInPortland napisał(a):Tęsknota za istnieniem życia po życiu wynika moim zdaniem z trudności wyobrażenia sobie własnego niebytu trudnosci? uwazasz ze w ogole mozna sobie wyobrazic niebyt? ciekawe... w dodatku uwazasz ze mozna rozroznic niebyt czyis od niebytu wlasnego?
jakiś mądry cytat
16.01.2010, 01:22
Zbysze.k napisał(a):nie wiesz iż nie żyjesz.To jest sprzeczne zdanie. Ktoś kto nie żyje, nie może czegoś wiedzieć lub nie wiedzieć. szukajacyadi napisał(a):tylko ze nie kazdy musi uznawac taki pogladPogląd? To są stwierdzone fakty naukowe na podstawie badań i obserwacji. Jeżeli ktoś nie uznaje tej wiedzy, to znaczy, że nie uznaje natury własnej fizycznej ezgzystencji. szukajacyadi napisał(a):trudnosci? uwazasz ze w ogole mozna sobie wyobrazic niebyt?No właśnie, niebyt to coś równie trudne do wyobrażenia dla człowieka jak nieskończoność. szukajacyadi napisał(a):w dodatku uwazasz ze mozna rozroznic niebyt czyis od niebytu wlasnego?Można rozróżnić poziom trudności wyobrażenia czyjegoś niebytu od własnego niebytu.
Zamierzam stworzyć mężczyznę i kobietę z grzechem pierworodnym. Następnie zamierzam zapłodnić kobietę samym sobą, tak abym mógł się narodzić. Będąc człowiekiem, zabiję się w ramach ofiary dla samego siebie aby ocalić Cię od grzechu na który Cię początkowo skazałem... TA DA!!!
17.01.2010, 16:36
Zbysze.k napisał(a):Gorsza jest perespektywa opuszczenia na zawsze bliskich ci osób. To może wzbudzac żal czy smutek.To ciekawe, ale katechetka w liceum mówiła, że przykre dla niej jest to, że po śmierci nie zobaczy się z bliskimi. W niebie jest się z bogiem, a on przesłania wszystko, jesteś tylko ty (twoja dusza) i nieskończony bóg. Tak więc to tyle jeśli chodzi o chrześcijaństwo : P
"What greater weapon is there than to turn an enemy to your cause? To use their own knowledge against them." - Bastila Shan (Star Wars: Knights of the Old Republic)
"The true test of a man's character is what he does when noone is watching."
18.01.2010, 16:17
Jak umre to zobacze. A jeżeli perspektywa bycia z Bogiem faktycznie by wszystko przesłaniała to już pewnie bym tego żalu nie czuł.
18.01.2010, 17:01
Witam.
Patrząc z perspektywy praktycznej, to życie po śmierci najbardziej przypomina jakąś zachciankę człowieka, która jest też powodowana ludzką, wysoką samoświadomością i naturalnym lękiem przed śmiercią. Natomiast trudno sobie wyobrazić niebyt, chociaż jest niczym innym niż stanem sprzed naszego urodzenia. Jednak trudno nam pamiętać o czymś takim.
Entia non sunt multiplicanda praeter necessitatem. JPoC (1639).
20.01.2010, 02:26
Cytat:Patrząc z perspektywy praktycznej, to życie po śmierci najbardziej przypomina jakąś zachciankę człowieka, która jest też powodowana ludzką, wysoką samoświadomością i naturalnym lękiem przed śmiercią. Natomiast trudno sobie wyobrazić niebyt, chociaż jest niczym innym niż stanem sprzed naszego urodzenia. Jednak trudno nam pamiętać o czymś takim.Witaj Zgadzam sie w pelni, warto rowniez dodac, ze obietnica egzystencji po smierci jest dobrym straszakiem (jak nie bedziesz chodzil do kosciola to pojdziesz do piekla I WTEDY ZOBACZYSZ!) - przydatne dla ludzi ktorzy chca zdobyc jakis autorytet
04.04.2010, 12:37
Niestety dyskusja poszła w trochę dziwnym kierunku. Nie chce mi się bawić w dyskusje o tym jaka jest defincja śmierci itp. Chciałem abyście się zapoznali z tym tematem i poczytali kilka opisów NDE. Więc aby wam to ułatwić
zamieszczam jeden dosyć obszerny ale bardzo ciekawy opistutaj. Zainteresowanym życzę miłej lektury. część 1 Przed swoim doświadczeniem śmierci klinicznej Howard Storm, profesor sztuki w Uniwersytecie Północnego Kentucky nie był człowiekiem zbyt miłym. Był zdeklarowanym ateistą, wrogiem wszystkich religii i osób je praktykujących. Nic nie sprawiało mu już radości i często starał się przemocą wywierać wpływ na ludzi wokół siebie. Wierzył tylko w to co mógł zobaczyć, dotknąć i w to co mogło być udowodnione naukowo. Uważał, że świat materialny jest jedyną istniejącą formą bytu. Uważał, że wszelkie formy kultów religijnych wymyślono tylko po to by mamić i oszukiwać ludzi. 1 czerwca 1985 roku, w wieku 38 lat Howard Storm doświadczył śmierci klinicznej z powodu perforacji żołądka i jego życie od tej chwili odmieniło się na zawsze. Odmieniło się do tego stopnia, że zrezygnował z funkcji profesora na uniwersytecie i wstąpił do seminarium teologicznego. Poniżej przedstawiono wspomnienie przeżycia śmierci klinicznej Howarda Storma. Zaproszenie od dziwnych ludzi (Howard Storm podczas agonii) Zmagałem się z własnymi emocjami próbując pożegnać się z żoną. Jedyne co byłem w stanie powiedzieć jej wtedy to to, że ją kocham. Emocje jakie mną wtedy targały nie pozwalały mi na nic innego. Poczułem jakby odprężenie zamykając jednocześnie oczy i czekałem na koniec. Czułem, że to było właśnie to. Całkowite zaciemnienie, wielka nicość, sen z którego już się nie budzisz, koniec istnienia. Miałem absolutną pewność, że poza tym życiem nie ma już niczego - zgodnie z moim wyobrażeniem tak właśnie pojmowali rzeczywistość ludzie inteligentni i rozsądni. Coś takiego jak modlitwa nie przyszło mi nawet do głowy. Nigdy nie myślałem o takich rzeczach a jeżeli nawet kiedyś wspominałem imię Boga to tylko jako przekleństwo. Na jakiś czas straciłem przytomność. Trudno mi określić jak długo mogło to trwać ale kiedy odzyskałem świadomość czułem się naprawdę dziwnie. Natychmiast otworzyłem oczy. Ku swojemu zdumieniu stałem obok łóżka i patrzyłem na własne ciało leżące na łóżku. Moją pierwszą reakcją była myśl "To jakaś niedorzeczność! Nie mogę przecież stać tutaj i spoglądać w dół. To nie jest możliwe". Zupełnie nie tego oczekiwałem. Czułem się niedobrze. Dlaczego wciąż byłem żywy? Pragnąłem pogrążenia się w zapomnieniu. Kiedy zdałem sobie wreszcie sprawę co się stało poczułem się roztrzęsiony i zacząłem krzyczeć i wrzeszczeć na moją żonę ale ona tylko siedziała tam nieruchomo jak kamień. Nawet nie spoglądała na mnie. Zacząłem wykrzykiwać przekleństwa w jej kierunku by zwrócić na siebie uwagę. Będąc zdenerwowany i zły próbowałem jeszcze zwrócić uwagę współ-pacjenta z mojego pokoju ale z tym samym rezultatem. Nie reagował. Chciałem by to był sen i powtarzałem sobie "To musi być sen". Ale wiedziałem, że to nie jest sen. Uświadomiłem sobie, że w dziwny sposób staję się coraz bardziej świadomy i czułem się bardziej żywy niż kiedykolwiek w całym moim życiu. Wszystkie zmysły stały się bardzo wyostrzone. Wszystko odczuwałem bardzo prawdziwie i żywo. Podłoga była chłodna a moje bose stopy wilgotne. To była rzeczywistość. Zacisnąłem pięści i zdumiałem się jak wiele odczuć dał mi ten zwykły gest Wtedy usłyszałem moje imię: "Howard, Howard - chodź tutaj" W pierwszej chwili zdziwiłem się skąd dochodził ten głos. Odkryłem, że dochodził od strony korytarza. Kilka różnych głosów wołało mnie. Zapytałem kim są a oni powiedzieli: "Jesteśmy tu by zaopiekować się tobą. Doprowadzimy cię do porządku. Chodź z nami" Zapytałem znowu czy są lekarzami i pielęgniarkami. Oni odpowiedzieli "Szybko, chodź. Przekonasz się." Kiedy zadawałem im pytania udzielali wymijających odpowiedzi. Wywierali na mnie nacisk bym się pospieszył i wyszedł na korytarz. Z pewną niechęcią wyszedłem na korytarz i znalazłem się we mgle. Była to lekko kolorowa mgła. Nie była zbyt gęsta. Widziałem na przykład swoje ręce ale ludzie, którzy wołali mnie byli o 5-6 metrów ode mnie i nie widziałem ich wyraźnie. Wyglądali bardziej jak sylwetki lub kształty i kiedy próbowałem zbliżyć się do nich by lepiej im się przyjrzeć oni oddalali się w mgłę. Szedłem więc coraz głębiej w mgłę. Te dziwne istoty poganiały mnie bym szedł za nimi. Wciąż pytałem ich dokąd idziemy a oni odpowiadali: "Pospiesz się, dowiesz się". Właściwie niczego nie mówili poza poganianiem mnie bym szedł za nimi. Zaczęli powtarzać, że moje cierpienie było bezsensowne i niepotrzebne. "Ból to bzdura" powiedzieli. Wiedziałem, że idziemy tak już całe mile ale w dziwny sposób gdy oglądałem się za siebie wciąż widziałem pokój szpitalny. Moje ciało wciąż tam leżało, nieruchomo na łóżku. W perspektywie wyglądało to tak jakbym unosił się nad pokojem szpitalnym i spoglądał w dół. Wydawało się, że pokój jest już miliony mil za mną. W pokoju wciąż widziałem moją żonę i współlokatora ale stwierdziłem, że nie są w stanie mi pomóc więc raczej pójdę z tymi ludźmi. Kiedy uszliśmy w ten sposób znaczną odległość spostrzegłem, że istoty są wokół mnie. Prowadzili mnie poprzez mgłę. Nie wiem jak długo to trwało. W całym tym przeżyciu miałem poczucie jakby czas nie istniał. W miarę jak poruszaliśmy się mgła stawała się coraz gęstsza i ciemniejsza. Również ludzie towarzyszący mi zaczęli się zmieniać. Na początku wydawali się rozbawieni i szczęśliwi ale kiedy pokonaliśmy pewną odległość zaczęli stawać się agresywni. Im bardziej stawałem się podejrzliwy i im więcej pytań zadawałem oni stawali się wobec mnie coraz bardziej wrodzy, opryskliwi i pewni siebie. Zaczęli żartować sobie z mojej nagości i z tego jak śmiesznie wyglądam. Wiedziałem, że mówili o mnie ale gdy próbowałem dowiedzieć się co mówią dokładnie oni szeptali "Cicho on słyszy". Ci mniej agresywni ostrzegali jakby tych agresywniejszych by byli cicho aby mnie nie spłoszyć. Zastanawiając się co to wszystko ma znaczyć zadawałem im pytania ale oni powtarzali tylko bym szedł szybciej i nie zadawał pytań. Czując się nieswojo, szczególnie odkąd oni zaczęli stawać się agresywni rozważałem powrót ale nie wiedziałem jak to zrobić. Byłem zagubiony. Nie było żadnych punktów odniesienia do których mógłbym nawiązać swoje położenie. Była tylko gęsta mgła i wilgotny grunt pod stopami. Nie miałem poczucia kierunków. Całe moje porozumiewanie z nimi odbywało się za pomocą słów tak jak między zwykłymi ludźmi. Wyglądało na to, że oni nie wiedzieli co myślę. Ja również nie wiedziałem co oni myślą. Stawało się jednak coraz bardziej oczywiste, że byli kłamcami i jakakolwiek pomoc stawała się tym bardziej niemożliwa im dłużej przebywałem wśród nich. część 2 Zaatakowany przez dziwaczne istoty Jeszcze parę godzin temu spodziewałem się, że umrę i miałem nadzieję, że skończy się tortura jaką było dla mnie życie. Teraz wszystko wyglądało znacznie gorzej. Byłem popychany przez tłum nieprzyjaznych i okrutnych ludzi w nieznanym kierunku w mrok. Zaczęli wrzeszczeć i rzucać w moim kierunku przekleństwa i obraźliwe słowa żądając bym szedł jeszcze szybciej. Odmawiali odpowiedzi na jakiekolwiek pytania. W końcu powiedziałem im, że nie pójdę już dalej. W tym momencie zmienili się całkowicie. Stali się o wiele bardziej agresywni i nalegali bym szedł z nimi. Kilku z nich zaczęło mnie popychać. Ja zacząłem im oddawać i wtedy zaczęła się dzika orgia wrzasków, szyderstw i bicia. Walczyłem jak dziki człowiek. Cały czas zdawałem sobie sprawę z tego, że sprawia im to wielką uciechę. Było to dla nich swego rodzaju grą ze mną jako centrum ich rozrywki. Moje cierpienie było ich przyjemnością. Starali się mnie zranić. Chwytali mnie i gryźli. Kiedy udawało mi się zrzucić jednego z nich na jego miejsce pojawiało się pięciu innych. W tym czasie znajdowałem się w niemal całkowitej ciemności i czułem, że zamiast dwudziestu, trzydziestu nieprzyjaznych istot jest ich tam niezliczona rzesza. Ranienie mnie było dla nich rodzajem sportu. Moje próby walki z nimi prowokowały u nich tylko jeszcze większą uciechę. Zaczęli mnie fizycznie upokarzać w najbardziej poniżający sposób. Walcząc z nimi byłem świadomy tego, że im wcale nie spieszy się by mnie pokonać. Bawili się mną tak jak kot bawi się z myszą. Każdy nowy atak wywoływał u nich kakofoniczne wycie. Ku mojemu przerażeniu zaczęli mnie rozrywać i pożerać żywcem. Robili to bardzo powoli tak by ich zabawa trwała jak najdłużej. Ani przez moment nie miałem odczucia, że atakujące mnie istoty są kimś innym niż ludźmi. Najlepszy sposób w jaki mógłbym ich opisać to najbardziej odrażające osoby jakie można sobie wyobrazić odarte z najmniejszej choćby intencji zrobienia czegoś dobrego. Niektórzy z nich podpowiadali innym co robić ale nie zauważyłem wśród nich żadnej hierarchii w sensie organizacyjnym. Nie wyglądało na to by byli kierowani przez kogoś lub kontrolowani w jakikolwiek sposób. Zasadniczo byli tłumem istot kierujących się nieposkromionym okrucieństwem i namiętnościami. W czasie naszej walki zauważyłem, że wydają się nie odczuwać bólu. W czasie mojego pierwszego kontaktu z nimi zauważyłem, że byli ubrani jednak kiedy ich dotykałem nie czułem żadnego ubrania. Walcząc z całych sił przez dłuższy czas w końcu moje siły wyczerpały się. Leżąc tam wyczerpany pomiędzy nimi zauważyłem, że moi prześladowcy uspokajają się. Leżąc bez sił przestałem być dla nich rozrywką. Większość z istot poczęła rezygnować rozczarowana ale niektóre wciąż skubały mnie i poniżali mnie za to, że nie jestem już dłużej dla nich zabawny. W tym czasie leżałem tam poszarpany, niezdolny do stawiania jakiegokolwiek oporu a nieprzyjaźni ludzie od czasu do czasu kłuli mnie próbując zmusić mnie do reakcji. Wtedy wydarzyło się coś czego nie będę nawet próbował wyjaśnić. Wewnątrz siebie usłyszałem głos mówiący "Módl się do Boga". Mój umysł zareagował na to "Przecież ja się nie modlę. Nie wiem jak się modlić". Tak wyglądała moja sytuacja: facet leżący na ziemi w ciemnościach otoczony przez setki jeśli nie tysiące brutalnych i okrutnych stworów, które właśnie przed chwilą rozszarpały go. Moje położenie wydawało się zupełnie beznadziejne i wyglądało na to, że niemożliwe jest jakiekolwiek wyjście niezależnie od tego czy wierzyłbym w Boga czy nie. Głos wewnętrzny ponownie powiedział bym modlił się do Boga. Był to dla mnie dylemat ponieważ nie wiedziałem jak się modlić. Głos powiedział po raz trzeci bym modlił się do Boga. Zacząłem w ten sposób: "Pan jest moim pasterzem, nie będę pożądał...Boże chroń Amerykę..." i inne frazy, które wydawały się mieć związek z religią. Ludzie wokół mnie dostali szału tak jakbym wylał na nich wrzący olej. Zaczęli na mnie krzyczeć i wrzeszczeć, rozkazując bym przestał. Wrzeszczeli, że nie ma żadnego Boga i że nikt mnie nie usłyszy. Wykrzykując obelgi w moim kierunku zaczęli jednocześnie wycofywać się - tak jakbym był trucizną. Kiedy tak wycofywali się stali się jeszcze bardziej rozwścieczeni, przeklinając i wrzeszcząc, że to co mówię jest bezwartościowe i że jestem tchórzem. Odkrzykiwałem w ich kierunku: "Ojcze nasz, który jesteś w niebie" i tym podobne zdania. To trwało przez jakiś czas aż nagle uświadomiłem sobie, że odeszli. Było ciemno a ja byłem sam wykrzykując rzeczy, które brzmiały "kościelnie". Sprawiało mi przyjemność, że te kościelne zwroty odniosły tak ogromny skutek na te okropne istoty. Leżałem tam tak długo w stanie beznadziei i desperacji, otoczony zupełną ciemnością, że nie jestem w stanie powiedzieć ile to trwało. Leżałem w nieznanym mi miejscu, cały poszarpany i porozrywany. Byłem zupełnie pozbawiony siły. Zdawało mi się, że zanikam, że najmniejszy ruch który chciałbym wykonać pochłonąłby ostatnią energię, którą posiadałem. część 3 Uratowany przez światło Nie wiedziałem już nawet czy jestem jeszcze na świecie. Wiedziałem natomiast, że jestem tutaj. To co czułem było zupełnie prawdziwe. Wszystkie moje zmysły pracowały aż nazbyt dobrze. Właściwie nie zdawałem sobie sprawy w jaki sposób znalazłem się w tym miejscu. Nie było żadnego odniesienia, kierunku w którym mógłbym się poruszać nawet gdybym był fizycznie do tego zdolny. Agonia, którą przeżyłem w szpitalu w ciągu dnia była niczym w porównaniu do tego co czułem teraz. Zdawałem sobie sprawę, że to co odczuwam to ostateczny i całkowity koniec mojego istnienia i było to straszniejsze niż mogłem sobie to wcześniej wyobrazić. Wtedy wydarzyło się coś zupełnie niezwykłego. Usłyszałem bardzo wyraźnie (wypowiedziane moim głosem) coś czego nauczyłem się w dziecięcej szkółce niedzielnej. Była to dziecinna piosenka "Jezus kocha mnie, ja to wiem ..." Głos, który słyszałem zaczął ją powtarzać. Nie wiem dlaczego ale nagle zapragnąłem uwierzyć w to. Nie mając już nic innego chciałem uczepić się tej jednej myśli i krzyknąłem "Jezusie, proszę uratuj mnie." Ta myśl była wykrzyczana całą tlącą się we mnie jeszcze siłą i uczuciem. Kiedy to zrobiłem, zobaczyłem gdzieś daleko w ciemności maleńką gwiazdkę. Nie wiedząc co to jest pomyślałem, że jest to kometa lub meteoryt ponieważ poruszała się prędko. W chwilę później zdałem sobie sprawę, że zmierza w moim kierunku. Bardzo szybko zaczęło się rozjaśniać. Kiedy światło zbliżyło się jego jasność wylała się na mnie i powstałem - nie moim wysiłkiem - po prostu uniosłem się. Potem zobaczyłem-zobaczyłem to bardzo wyraźnie-jak wszystkie moje rany, łzy, moje załamanie zaczęły roztapiać się i w tej jasności stałem się znowu całością. Wtedy wybuchnąłem niekontrolowanym płaczem. Płakałem nie ze smutku ale dlatego, że przeżywałem rzeczy, których nie odczuwałem nigdy wcześniej w moim życiu. Zdarzyło się jeszcze coś. Nagle dowiedziałem się wielu rzeczy. Wiedziałem, że to światło, ta jasność zna mnie. Nie wiem jak wyjaśnić to skąd wiedziałem, że ono mnie zna. Po prostu wiedziałem to. Zrozumiałem, że to światło zna mnie lepiej niż moi rodzice. Świetlisty byt, który objął mnie znał mnie bardzo blisko i zaczął objaśniać mi ogromne znaczenie wiedzy. Wiedziałem, że on wiedział wszystko o mnie i że jestem bezwarunkowo kochany i akceptowany. Światło wyjaśniło mi, że kocha mnie w sposób którego nie jestem w stanie wyrazić. Nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, że można być kochanym w taki sposób. Był skoncentrowanym polem energii, świecącym w chwale, której nie można opisać inaczej jak dobro i miłość. Siła tej miłości przerasta ludzkie wyobrażenie. Wiedziałem, że ta promienna istota jest potężna. Sprawiała, że czułem się bardzo dobrze. Czułem jej światło na sobie - jak dotyk bardzo delikatnych dłoni. Czułem, że światło obejmowało mnie. Kochało mnie z wszechobejmującą mocą. Po tym wszystkim co przeszedłem uczucie bycia tak dobrze znanym, akceptowanym i bezgranicznie kochanym przeszło moje wszelkie wyobrażenie. Zacząłem mocno płakać. Potem obaj, ja i to światło wznieśliśmy się i oddaliliśmy się z tego miejsca. Poruszaliśmy się coraz szybciej opuszczając ciemność. W objęciach światła, czując się cudownie i płacząc zobaczyłem w oddali coś co wyglądało jak galaktyka. Było jednak większe i było w niej więcej gwiazd niż widywałem z ziemi. Było to wielkie centrum światłości. W środku znajdowała się koncentracja ogromnej jasności. Niezliczone miliony sfer świetlistych latało wokół, wchodząc i opuszczając wspaniały Byt w centrum. Było to w znacznej odległości. Wtedy ... (nie powiedziałem tego lecz pomyślałem)... zwróciłem się do światła: "Odeślij mnie z powrotem". Mówiąc do światła by odesłało mnie z powrotem miałem na myśli odesłanie mnie do ciemności. Tak bardzo wstydziłem się tego kim byłem przez całe moje życie, że jedno co chciałem zrobić to ukryć się w ciemności. Nie chciałem już więcej iść w kierunku światła. Jak wiele razy w ciągu życia zaprzeczałem i drwiłem sobie z istoty będącej teraz przede mną. Jak wiele razy używałem jej jako przekleństwa. Jaką niewiarygodną intelektualną arogancją było używanie jej imienia w ten sposób. Bałem się podejść bliżej. Byłem również świadomy tego, że ogromna intensywność emanacji mogłaby zdezintegrować to co wciąż odczuwałem jako nienaruszone ciało fizyczne. Istota, która wspierała mnie, mój przyjaciel wiedział o moim lęku, oporach i wstydzie. Po raz pierwszy odezwał się do mnie męskim głosem i powiedział mi że jeśli czuję się skrępowany nie musimy już bardziej zbliżać się. Zatrzymaliśmy się więc, wciąż niezliczone mile od Wspaniałego Bytu. Pierwszy raz mój przyjaciel (Jezus Chrystus), powiedział wtedy: "Jesteś stąd". Widząc ogrom chwały zdałem sobie sprawę z mojej marności. Odpowiedziałem "Nie, popełniłeś pomyłkę, odeślij mnie z powrotem". A on powiedział "My nie popełniamy pomyłek. Jesteś stąd". Potem dźwiękiem muzyki zwrócił się do świetlistych bytów, które otaczały wielkie centrum. Kilka z nich podeszło i otoczyło nas. W czasie tego co nastąpiło potem niektóre podchodziły do nas, inne odchodziły ale ciągle było w pobliżu pięć lub sześć z nich a czasem nawet osiem. Wciąż płakałem. Jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiły te cudowne istoty było pytanie skierowane do mnie: "Czy boisz się nas?" Odpowiedziałem, że nie. Oznajmili, że mogą objawić się pod postacią ludzi ale powiedziałem im by pozostali w takiej postaci w jakiej są. Byli tak cudownie piękni... Jako artysta w świecie, w którym żyłem znałem trzy kolory podstawowe. Tutaj widziałem spektrum światła składającego się z co najmniej 80 nowych kolorów podstawowych. Próba opisania ich jest niemożliwa. Były to kolory, których nie widziałem nigdy wcześniej. To co pokazywały mi te istoty to ich chwała. Nie widziałem w rzeczywistości ich samych. Byłem tym całkowicie usatysfakcjonowany. Przychodząc ze świata kształtów i form byłem zachwycony tym nowym amorficznym światem. Te istoty dawały mi to czego wtedy potrzebowałem. Ku mojemu zaskoczeniu a także utrapieniu istoty te były w stanie czytać moje myśli. Nie byłem pewien czy będę mógł jeszcze cokolwiek utrzymać w tajemnicy. Zaczęliśmy wymianę myśli. Rozmowę bardzo naturalną, bardzo spokojną i swobodną. Słyszałem głosy każdego z nich osobno i bardzo wyraźnie. Każdy z nich miał inną osobowość z odmiennym od innych głosem ale mówili bezpośrednio do moich myśli, nie do uszu. Używali normalnego, potocznego języka angielskiego. Wiedzieli wszystko o czym pomyślałem. część 4 Recenzja życia Każdy z nich znał mnie i rozumiał mnie bardzo dobrze. Znali moje myśli i moją przeszłość. Nie czułem potrzeby prosić o przyprowadzenie kogoś kogo znałem bo oni wszyscy znali mnie. Nikt nie mógł znać mnie lepiej. Nie przychodziło mi też do głowy by identyfikować ich jako wujków lub dziadków. Było to jak wielki zjazd krewnych na Boże Narodzenie, na którym nie bardzo można przypomnieć sobie kto jest kim ale wie się, że każdy jest kimś bliskim i że jesteś ze swoją rodziną. Nie wiedziałem czy byli moimi krewnymi czy nie, ale czułem, że są mi bliżsi niż ktokolwiek kogo dotąd znałem. W czasie mojej rozmowy ze świetlistymi istotami, która trwała bardzo długo byłem fizycznie wspierany przez obejmującą mnie Istotę. Byliśmy zupełnie stabilni mimo tego, że wciąż zawieszeni w przestrzeni. Wszędzie wokół nas były niezliczone promienne istoty, jak gwiazdy na niebie, przychodzące i odchodzące. Wyglądało to jak bardzo mocno powiększony widok galaktyki upakowanej wyjątkowo dużą ilością gwiazd. W gigantycznym promieniowaniu centrum były upakowane tak gęsto, że nie można już było odróżnić poszczególnych istot. Ich jaźnie były w takiej harmonii ze Stwórcą, że byli prawdziwą jednością. Powiedziano mi, że jednym z powodów dla którego te wszystkie niezliczone istoty musiały wracać do swojego źródła była potrzeba wzmocnienia się tym poczuciem harmonii i jedności. Kiedy były w oddaleniu zbyt długo zaczynały odczuwać separację. Ich największą przyjemnością było powracanie do źródeł całego życia. Na początku naszej rozmowy istoty próbowały mnie pocieszać. Coś co mi przeszkadzało to fakt, że byłem nagi. Przebywając w ciemności zgubiłem gdzieś moją szpitalną koszulę. Byłem człowiekiem. Miałem ciało. Powiedzieli mi, że wszystko jest w porządku. Byli zupełnie obeznani z moją anatomią. Stopniowo odprężyłem się i przestałem zakrywać intymne części ciała rękami. Następnie chcieli porozmawiać o moim życiu. Ku mojemu zaskoczeniu moje życie zaczęło odtwarzać się przede mną. Jakieś sześć do ośmiu stóp (ok.dwa metry-przyp.tłum.) przede mną od początku do końca. Przegląd życia był przez nich kontrolowany. Pokazali mi moje życie ale nie z mojego punktu widzenia. Zobaczyłem siebie w moim życiu - a wszystko to było lekcją mimo, że nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy. Próbowali mnie czegoś nauczyć ale ja nie wiedziałem o tym gdyż nie wiedziałem, że powrócę. Po prostu oglądaliśmy moje życie od początku do końca. Przy niektórych zdarzeniach zatrzymywali się dłużej i przyglądali się uważniej. Nad innymi nie zatrzymywali się. Moje życie ukazane zostało od strony o jakiej nigdy wcześniej nie myślałem. Wszystkie moje osiągnięcia, do których dążyłem: szkoła podstawowa, szkoła średnia, studia i moja późniejsza kariera nie miały żadnego znaczenia w tym pokazie. Odczuwałem uczucia smutku i cierpienia albo radości moich towarzyszy w trakcie przeglądu mojego życia. Nie mówili, że coś było złe lub dobre ale ja to po prostu czułem. Bardzo dobrze wyczuwałem, które rzeczy były dla nich bez znaczenia. Nie spojrzeli na przykład na moje wyniki z pchnięcia kulą ze szkoły średniej jak i na inne wydarzenia, z których byłem tak dumny. Zwracali uwagę na to w jaki sposób odnosiłem się do innych ludzi. Niestety moje odnoszenie się do innych ludzi w większości przypadków nie było bliskie temu jak powinienem się zachować gdybym kierował się w moim postępowaniu miłością. Każde zdarzenie, w którym kierowałem się w moim zachowaniu miłością sprawiało im radość. Bardzo często manipulowałem ludźmi, z którymi miałem kontakt. W czasie mojej profesorskiej kariery, na przykład, zobaczyłem siebie siedzącego w biurze na uczelni. Przyszedł do mnie student z osobistym problemem. Siedziałem tam wyglądając na współczującego, cierpliwego i zatroskanego podczas gdy w rzeczywistości byłem znudzony na śmierć. Ukradkiem spoglądałem na zegarek pod stołem i niecierpliwie czekałem by student skończył. Musiałem przejść przez wszystkie tego rodzaju zdarzenia w towarzystwie tych wspaniałych istot. Kiedy byłem nastolatkiem mój ojciec musiał pracować przez 12 godzin na dobę. Oburzało mnie, że zaniedbywał kontakty ze mną. Kiedy przychodził z pracy byłem dla niego chłodny i obojętny. To sprawiało, że stawał się podenerwowany co było dla mnie dodatkowym usprawiedliwieniem odczuwania nienawiści do niego. Kłóciliśmy się ze sobą co wyprowadzało z równowagi moją matkę. Przez większość życia miałem poczucie, że ojciec jest nikczemnikiem a ja jego ofiarą. Podczas przeglądu mojego życia zrozumiałem jak wiele z jego postawy było sprowokowane przeze mnie. Zamiast witać go radośnie pod koniec dnia ja wciąż wbijałem w niego ciernie po to by wziąć odwet za moje cierpienie. Zobaczyłem jak pewnej nocy gdy moja siostra źle się czuła wszedłem do jej pokoju i objąłem ją ramionami nic nie mówiąc. Po prostu leżałem koło niej i obejmowałem ją. Wyszło na to, że był to jeden z największych triumfów mojego życia. część 5 Terapia miłości Przegląd całego życia byłby dla mnie emocjonalnie niszczący i z pewnością stałbym się po nim osobą psychotyczną gdyby nie fakt, że cały czas odczuwałem miłość mojego przyjaciela i jego przyjaciół. Za każdym razem gdy okazywałem zdenerwowanie wyłączali przegląd na jakiś czas i okazywali mi miłość. Ich miłość była namacalna. Czułem ją na ciele, czułem ją wewnątrz mnie, czułem że przenikała mnie na wskroś. Bardzo chciałbym umieć to wytłumaczyć ale nie potrafię. Terapią na okropny stan w jaki wprowadzał mnie przegląd mojego życia była ich miłość. Moje przeszłe życie było po prostu żałosne. Trudno mi było w to uwierzyć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wszystko wyglądało coraz gorzej w miarę jak przegląd posuwał się do przodu. Moja głupota i egoizm wieku nastoletniego tylko powiększyły się kiedy stałem się dorosły a wszystko to pod przykrywką bycia dobrym mężem, dobrym ojcem i dobrym obywatelem. Ta hipokryzja napawała mnie wstrętem. Ale wszystko to przenikała ich miłość. Kiedy przegląd zakończył się zapytali mnie: "Czy chciałbyś o coś zapytać?" Ja miałem mnóstwo pytań. Zapytałem na przykład: "Jak to jest z Biblią?" Oni odpowiedzieli: "Co cię interesuje?" Spytałem czy jest prawdziwa a oni odpowiedzieli, że tak. Spytałem dlaczego kiedy próbowałem ją czytać wszystko co dostrzegałem to mnóstwo sprzeczności. Wróciliśmy znowu do przeglądu życia. Do miejsca, na które nie zwróciłem poprzednio uwagi. Pokazali mi jak kilka razy otwierałem Biblię i czytałem ją właśnie z zamiarem wyszukiwania sprzeczności i problemów. Próbowałem udowodnić sobie, że nie było warto jej czytać. Stwierdziłem, że Biblia nie miała dla mnie sensu. Powiedzieli mi, że zawiera ona prawdę duchową i że powinienem ją czytać w sposób duchowy by zrozumieć jej sens. Powinna ona być czytana jak modlitwa. Poinformowali mnie, że nie jest ona jak inne książki. Powiedzieli mi także (później odkryłem, że tak było w rzeczywistości), że kiedy czyta się ją w duchu modlitwy ona mówi do ciebie. Odkrywa się przed tobą i nie musisz już nad nią pracować. Moi przyjaciele odpowiadali na wiele pytań w zabawny sposób. Naprawdę wiedzieli całą masę rzeczy, o które chciałem ich zapytać. Kiedy tylko pomyślałem o jakimś pytaniu oni rozumieli je doskonale. Zapytałem ich na przykład jaka jest najlepsza religia. Oczekiwałem odpowiedzi w rodzaju: "Prezbiteriańska" gdyż domyślałem się, że moi przyjaciele są Chrześcijanami. Odpowiedzieli, że najlepszą religią jest ta, która najbardziej zbliża do Boga. Zapytałem ich czy istnieje życie na innych planetach. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedzieli, że wszechświat jest pełny życia. Ponieważ bardzo bałem się zagłady nuklearnej zapytałem czy będzie na świecie wojna nuklearna. Odpowiedzieli, że nie. Zdumiało mnie to i wyjaśniłem im jak żyłem w poczuciu zagrożenia wojną nuklearną. Był to jeden z powodów, dla których byłem tym kim byłem. Stwierdziłem, że życie na ziemi stawia nas w obliczu beznadziei. Poczucie, że świat prędzej czy później eksploduje stawiało sens czegokolwiek pod znakiem zapytania. W związku z tym wydawało mi się, że mogę robić wszystko na co mam ochotę bo nic naprawdę nie ma znaczenia. Oni powiedzieli: "Nie, nie będzie wojny nuklearnej". Zapytałem czy są absolutnie pewni, że nie będzie wojny nuklearnej. Oni zapewnili mnie jeszcze raz a kiedy spytałem jak mogą być tak absolutnie pewni odpowiedzieli: "Bóg kocha świat". Powiedzieli, że najwyżej jeden albo dwa nuklearne pociski mogą wybuchnąć jeżeli nie zostaną wcześniej zniszczone ale, że nie będzie wojny nuklearnej. Potem zapytałem jak to jest, że było tak dużo wojen. Odpowiedzieli, że dopuszczono tylko do niewielu z tych, które ludzkość próbowała rozpętać. Z wielu wojen, które ludzie próbowali stworzyć pozwolono tylko na niewiele by przywrócić opamiętanie. Powiedzieli, że nauka, technologia i inne korzyści są darami dla ludzkości przekazywanymi jej poprzez inspiracje. Ludzie w sensie dosłownym doprowadzeni byli do odkryć. Wiele z nich zostało potem przez ludzi wypaczonych i użytych w celu niszczenia innych. Moi przyjaciele obawiali się, że perwersja z jaką ludzie wykorzystują odkrycia technologiczne może doprowadzić do zbyt dużych uszkodzeń naszej planety. Przez planetę rozumieli całość Bożego stworzenia. Nie tylko ludzi ale także zwierzęta, drzewa, ptaki, owady, wszystko. część 6 Miłość do wszystkich ludzi. Wytłumaczyli mi, że zależy im na wszystkich ludziach na świecie. Nie chodzi im o to by jedna grupa ludzi wyprzedzała inne grupy. Chcą by każdy człowiek uważał drugą osobę za kogoś ważniejszego od własnego ciała. Chcą by każdy kochał innych, całkowicie, bardziej nawet niż samego siebie. Jeżeli ktoś, gdzieś na świecie cierpi wtedy powinniśmy współczuć w tym cierpieniu i powinniśmy cierpiącym pomagać.Nasza planeta po raz pierwszy w historii ewoluowała do takiego stopnia, że jest to możliwe. Jesteśmy globalnie połączeni i możemy stać się jednym ludem.Naród któremu dano przywilej przewodzenia światu na drodze do lepszych czasów zawiódł. To właśnie my w Stanach Zjednoczonych. Kiedy rozmawiałem z nimi o przyszłości dali mi jasno do zrozumienia, że mamy wolną wolę. Jeżeli zmienimy samych siebie wtedy możemy zmienić przyszłość. Zapytałem ich jak to jest możliwe by zmieniło się postępowanie tak wielu ludzi. Z moich doświadczeń wynikało bowiem, że jest rzeczą niezmiernie trudną jeśli nie niemożliwą zmienić cokolwiek na ziemi. Powiedziałem im, że jest to zadanie beznadziejne.Moi przyjaciele wyjaśnili mi, że punktem wyjścia przemiany całego świata jest przemiana jednej osoby. Dzięki niej przemiana na lepsze dokona się w następnej osobie, potem w następnych itd. Tylko w ten sposób można doprowadzić do globalnej zmiany. Co dzieje się po śmierci Spytałem mojego przyjaciela i jego przyjaciół o śmierć. Co dzieje się kiedy umieramy? Powiedzieli, że kiedy umiera osoba kochająca aniołowie wychodzą jej na spotkanie i zabierają ją stopniowo coraz wyżej gdyż byłoby nie do zniesienia dla tej osoby być natychmiast przedstawioną Bogu. Wiedząc co jest we wnętrzu każdego z nas aniołowie znają nasze pragnienia i zaopatrują nas w to co jest nam potrzebne. Niekiedy jest to rajska łąka a czasem coś innego. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć krewnych wtedy aniołowie przyprowadzają ich ze sobą. Jeżeli ktoś bardzo lubił kamienie szlachetne pokażą mu je. Widzimy to co jest potrzebne do naszego wejścia do świata duchowego. Wszystkie te rzeczy są realne w rajskim, boskim pojęciu. Stopniowo edukują nas jako istoty duchowe i wprowadzają do nieba. Wzrastając pozbywamy się ziemskich zainteresowań, pragnień i zwierzęcych przyzwyczajeń, z którymi zmagamy się przez większość naszego życia. Ziemskie pożądania topnieją. Stajemy się tymi kim naprawdę jesteśmy, częścią Boskości. To dzieje się z ludźmi kochającymi, ludźmi którzy postępowali dobrze i kochali Boga. Wyjaśniono mi, że nie mamy dostatecznej wiedzy i prawa by osądzać relację innych osób z Bogiem. Tylko Bóg wie co jest w sercu człowieka. Ktoś kogo uważamy za podłego Bóg może znać jako cudowną osobę. Podobnie ktoś kogo postrzegamy jako dobrego Bóg może widzieć jako hipokrytę o czarnym sercu. Tylko Bóg zna prawdę o każdej osobie. Bóg ostatecznie osądzi każdą osobę. Bóg także pozwoli by ludzie byli wciągnięci do ciemności do podobnych sobie stworzeń. Opowiedziałem to czego tam doświadczyłem osobiście. Nie wiem nic poza tym czego doświadczyłem ale podejrzewam, że to co widziałem było tylko wierzchołkiem góry lodowej. Zasłużyłem na to by być tam gdzie byłem. Byłem we właściwym miejscu, we właściwym czasie. To było miejsce dla mnie i osoby które mnie tam otaczały były doskonałym towarzystwem. Bóg pozwolił bym tego doświadczył a potem zabrał mnie stamtąd ponieważ wiedział, że doświadczenie to wywrze na mnie zbawienny skutek. Był to pewien rodzaj oczyszczenia mnie. Ludzie którzy zostali obronieni przed wciągnięciem w ciemność, z powodu ich kochającej natury są przyciągani w górę, w kierunku światła. część 7 Jego powrót Nigdy nie widziałem Boga i nie byłem w Niebie. Byłem jakby w przedmieściach i opisałem to co mi pokazano. Rozmawiałem z nimi bardzo długo, o wielu rzeczach. Potem spoglądając na siebie zobaczyłem, że byłem promienny, wypełniony blaskiem. Zacząłem stawać się piękny - nie tak choćby w małym stopniu piękny jak oni - ale posiadałem pewną iskrę której nie miałem nigdy wcześniej. Nie będąc gotowy na powrót na ziemię powiedziałem, że chcę zostać z nimi na zawsze. Powiedziałem: "Jestem gotowy by być takim jak wy i być tu na zawsze. Tu jest wspaniale. Kocham być tutaj i kocham was. Jesteście cudowni." Wiedziałem, że kochają mnie i wiedzą o mnie wszystko. Wiedziałem, że teraz wszystko już będzie dobrze. Spytałem czy mogę pozbyć się ciała, które było dla mnie zawadą i stać się taką istotą jak oni. Odpowiedzieli: "Nie. Musisz wrócić." Wyjaśnili mi, że jestem jeszcze bardzo niedorozwinięty i że powrót do fizycznej egzystencji będzie dla mnie wielką korzyścią. Dzięki temu będę mógł jeszcze wiele nauczyć się. W ludzkim życiu będę miał możliwość wzrastania tak by następnym razem kiedy spotkam się z nimi być bardziej przystosowanym. Wyjaśnili, że muszę rozwinąć ważne cechy by stać się takim jak oni i móc zaangażować się w to co oni robią. Odpowiedziałem im, że nie mogę wrócić. Próbowałem kłócić się z nimi. Zaczęła dręczyć mnie myśl, że znów grozić mi będzie koniec w ciemności z istotami podobnymi do mnie. Zacząłem błagać ich by nie kazali mi wracać. Moi przyjaciele powiedzieli: "Nie oczekujemy że będziesz doskonały. Kochaliśmy cię nawet wtedy gdy będąc na ziemi przeklinałeś Boga i traktowałeś innych jak śmieci. Mimo tego wszystkiego przysyłaliśmy do ciebie ludzi, którzy próbowali ci pomóc i nauczyć cię prawdy. Czy myślisz, że teraz nie będziemy z tobą?" Powiedziałem "Pokazaliście mi jak być lepszym ale ja jestem pewny, że nie sprostam temu. Nie jestem na tyle dobry." Mój egocentryzm dał o sobie znać i powiedziałem: "Nie ma mowy. Nie wracam." Oni powiedzieli: "Są ludzie, którym zależy na tobie. Twoja żona, twoje dzieci, twoi rodzice. Powinieneś wrócić dla nich. Twoje dzieci potrzebują twojej pomocy." Odpowiedziałem: "Wy możecie im pomóc. Jeżeli każecie mi wrócić będzie zbyt wiele rzeczy, z którymi sobie nie poradzę. Jeżeli wrócę i popełnię znowu jakiś błąd nie będę mógł tego znieść bo wy pokazaliście mi, że mogę być bardziej kochający i bardziej współczujący. Znowu zachowam się okropnie albo wyrządzę komuś krzywdę. Wiem, że tak się stanie bo jestem człowiekiem. Nie będę w stanie tego znieść. Nie możecie mnie odesłać." Zapewnili mnie, że błędy są częścią człowieczeństwa. Popełnianie błędów jest sposobem na uczenie się. Powiedzieli, że tak długo jak będę próbował postępować dobrze będę na właściwej ścieżce. Jeżeli popełnię błąd powinienem uznać go za błąd, odrzucić i starać się nie popełniać go już więcej. Ważne jest by starać się jak najmocniej zachowywać standardy dobra i prawdy i nie rezygnować z nich dla zdobycia uznania innych ludzi. "Ale" - powiedziałem - "błędy i upadki sprawiają, że czuję się okropnie." Oni powiedzieli: "Kochamy cię takim jaki jesteś, razem z twoimi błędami i całą resztą. Możesz odczuwać naszą miłość kiedy tylko zechcesz." Powiedziałem: "Nie rozumiem. Jak mam to zrobić?" "Po prostu zwróć się do swojego wnętrza" - powiedzieli. "Poproś o naszą miłość i damy ci ją jeżeli poprosisz szczerze z serca." Doradzili mi by uznać winę gdy popełnię błąd i prosić o przebaczenie. Zanim jeszcze słowa wyjdą z moich ust będzie mi przebaczone - ale będę musiał przyjąć przebaczenie. Moja wiara w istotę przebaczenia musi być prawdziwa i dzięki temu będę wiedział, że przebaczenie zostało mi dane. Po uznaniu swojego błędu powinienem wyznać swoje grzechy w formie spowiedzi i poprosić o przebaczenie. Gdybym wtedy nie przyjął przebaczenia byłoby to zniewagą dla tego, który jest dawcą przebaczenia. Nie powinienem ciągle chodzić w poczuciu winy ale także nie powinienem powtarzać błędów. Powinienem wyciągać naukę z moich upadków. "Ale," powiedziałem, "skąd będę wiedział jakie postępowanie jest dobre? Skąd będę wiedział jak byście chcieli żebym się zachowywał?" Oni odpowiedzieli: "Chcemy byś dokonywał wyborów według swojego uznania. Nie zawsze będzie to wybór prawidłowy. Istnieje całe spektrum możliwości a ty powinieneś dokonać najlepszego wyboru z możliwych. Jeżeli tak będziesz postępował my będziemy z tobą by ci pomagać. Nie poddawałem się łatwo. Sprzeczałem się, że powrót będzie pełny problemów a tutaj jest wszystko czego mógłbym kiedykolwiek pragnąć. Kwestionowałem moją zdolność do wypełniania tego co oni uważali za istotne w moim świecie. Powiedzieli, że świat jest pięknym wyrazem Doskonałego Stwórcy. Każdy może znaleźć w świecie piękno lub brzydotę zależnie od tego, w którą stronę kieruje swój umysł. Wyjaśnili mi, że subtelny i złożony rozwój naszego świata jest poza moim pojęciem ale że będę odpowiednim narzędziem dla Stwórcy. Każda część stworzenia, wyjaśnili, jest nieskończenie interesująca ponieważ jest manifestacją Stwórcy. Bardzo ważną okazją dla mnie będzie badanie tego świata z zachwytem i radością. Nie dali mi jakiegoś konkretnego zadania lub misji. Czy mógłbym zbudować dla Boga kościół lub katedrę? Powiedzieli, że te budowle są dla ludzkości. Chcieli bym przeżył swoje życie kochając ludzi a nie rzeczy. Powiedziałem im, że nie jestem na tyle dobry by reprezentować w świecie materialnym swoim zachowaniem to czego doświadczyłem z nimi. Zapewnili mnie, że otrzymam odpowiednią pomoc kiedykolwiek będę jej potrzebował. Wszystko co muszę zrobić to poprosić o nią. Świetliste istoty, moi nauczyciele, byli bardzo przekonujący. Byłem jednocześnie świadomy tego, że niedaleko od nas znajduje się Wspaniały Byt. Wiedziałem, że jest to Stworzyciel. Oni nigdy nie powiedzieli, że to On chce by było właśnie tak. Ale wszystko co mówili było przepełnione tą pewnością. Nie chciałem sprzeczać się z nimi zbyt mocno ponieważ świadomość obecności Wspaniałego Bytu była tak cudowna i budząca grozę. Miłość, która z niego emanowała była wszechobejmująca. Prezentując mój najmocniejszy argument przeciw powrotowi do świata, powiedziałem im, że to z pewnością złamie mi serce i umrę jeżeli będę musiał opuścić ich i ich miłość. Powrót będzie dla mnie tak okrutny, że nie będę w stanie go znieść. Zaznaczyłem, że świat jest przepełniony nienawiścią i konkurencją i że nie chcę wracać w ten wir. Nie zniosę rozstania z nimi. Moi przyjaciele przypomnieli, że nigdy nie byli z daleka ode mnie. Wyjaśniłem, że nie byłem świadomy ich obecności i że kiedy powrócę znowu nie będę wiedział, że oni są przy mnie. Wyjaśniając jak porozumiewać się z nimi, powiedzieli że powinienem się wyciszyć wewnętrznie i poprosić o ich miłość. Wtedy ta miłość przyjdzie i będę wiedział, że oni tam są. Po tym wyjaśnieniu zabrakło mi już argumentów i zgodziłem się na powrót. I w tym samym momencie byłem z powrotem. Wróciłem do mojego ciała. Znów odczuwałem ból tylko, że dużo mocniejszy niż przedtem.
04.04.2010, 14:53
masximus9800 napisał(a):Pewnie temat NDE (near death expirience) był już poruszany na tym forum, ale pozwólcie abym podjął go ponownie.masximus9800, nie wiem czy jesteś tego świadomy, ale każdy element przetwarzający informacje (mózg, komputer, telefon komórkowy), który zostanie zasilony mniejszą dawką energii (chemicznej, elektrycznej) niż ta minimalna, wymagana do jego stabilnej pracy, i/lub wprowadzono do niego substancje zaburzające jego pracę, zaczyna działać w sposób niestabilny i nieprzewidywalny. Dlatego właśnie, nie powinieneś brać na poważnie informacji, które pochodzą od tak źle działającego elementu (mózg). Te świadectwa NDE (near death expirience) dały Tobie do myślenia. To odpowiedz mi (i sobie) w takim razie na jedno proste pytanie: Czy aby odbyć lot, wsiadłbyś do samolotu, którego komputery pokładowe zostały zasilone napięciem o 40% mniejszym niż nominalne, pierwszy pilot jest nafaszerowany środkami przeciwbólowymi, a drugi pilot pali sobie tak "uwielbianą w ankietach" marihuanę ???
Zamierzam stworzyć mężczyznę i kobietę z grzechem pierworodnym. Następnie zamierzam zapłodnić kobietę samym sobą, tak abym mógł się narodzić. Będąc człowiekiem, zabiję się w ramach ofiary dla samego siebie aby ocalić Cię od grzechu na który Cię początkowo skazałem... TA DA!!!
04.04.2010, 18:59
Wyrażę w temacie:
Gorączkowe udowadnianie, że niczego poza fizycznością nie ma, jest dziwne, przynajmniej dla mnie Coraz bardziej zbliżam się do poglądu, że w kwestii pozamaterialnej coś jest na rzeczy. Niezależnie od tego, czy jest to inna niż znana nam aktualnie i dowiedziona empirycznie energia, czy oddziaływania elektryczne (wtedy jednak materia), to dopuszczam taką możliwośćNie twierdzę, że życie po śmierci istnieje, ale oddziaływania nie-fizyczne istnieć mogą. Dlaczego? Popatrzcie na zwierzęta. To nie żart. ![]() Zwierzęta wiedzą, kiedy "coś jest nie tak". Większość ludzi wciska pierdoły pokroju "tam jest niezdrowe promieniowanie, jonowanie, złe gazy, zwierzęta to czują, ponieważ mają wyczulone zmysły" Przestraszony pies/kot to przestraszone zwierzę. Zwierzak nie przestraszy się widoku wypatroszonych zwłok, strasznego obrazka, czy opowieści o duchach, nadprzyrodzonych bajek. Jeśli coś jest toksyczne, to tego nie zje, nie wypije a strefę niezdrowego powietrza opuści. Bez skamlenia i miauczenia, pójdzie sobie Są jednak sytuacje, w których zwierzę się boi. Boi się czegoś, czego nie jest wstanie pokonać, jak w przypadku psa- pies albo atakuje albo szczeka albo skamle. Mi się przydarzyło coś takiego: Jest w moim lesie takie miejsce, którego nigdy nie lubiłem. Moja trasa tam nigdy nie prowadzi, nie zdarza mi się tam zagalopować, zawsze, często bezświadomie skręcę w jakąś ścieżkę, albo nadrobię drogi, ponieważ nie lubię tam przebywać. Trudno określić uczucie jakie wtedy mi towarzyszy, ale ja nazywam to czujnością. Żyjąc, a szczególnie biegając w okolicznościach przyrody, jestem wyluzowany. Nie rozmymłany i pozbawiony uwagi, tylko luźny. Jednak zbliżając się do tego miejsca, gdzie zresztą stoi nagrobek po tragicznym wypadku, strasznie się spinam i cały luz pryska. Zastanawiałem się, czy to wina nagrobka. Przecież nie raz chadzałem po cmentarzu w późnych godzinach, czasami w nocy, czasami po bardzo starej jego części. I lubię ten klimat. Sęk tkwi w tym, że ja tego nagrobka wcale nie muszę widzieć, żeby wiedzieć, iż jest blisko. Brzmi to dla wielu głupio, ale będąc jakiś dystans od niego (biegam crossy między drzewami, tam nie ma ścieżek ani widoku), biegnąc, czy idąc w zamyśleniu, nagle włącza mi się ten stan i zmieniam trasę. Kolejną ciekawostką jest to, że epicentrum mojego spięcia nie przypada na sztuczny nagrobek ze zniczami a kilkanaście metrów od niego. Postanowiłem sprawę sprawdzić i wziąć ze sobą psa kumpeli. Co ciekawe, pies reaguje zupełnie podobnie, przestaje merdać ogonem i żeby podprowadzić go bliżej muszę go ciągnąć. Nie skamle jak w amerykańskich filmach, ale futrzak nie chce tam być ![]() Stąd mój wniosek, że są miejsca i osoby, w których coś nie gra. Nie wysnuwam żadnych wniosków, bo nie zbadałem tego, ale coś jest na rzeczy ![]() Swoją drogą- reakcje zwierząt na ludzi także są ciekawe. Psy nie lubią większej ilości osób niż koty, to zauważyłem. Ludzie którzy są nielubiani, uważani za nieuczciwych, nie mają często problemów ze zwierzętami, wręcz przeciwnie, zwierzaki ich lubią. To samo z ludźmi po prostu nieakceptowanymi- te także lubią i są lubiane przez zwierzęta. Ale trafiają się takie typy, które wzbudzają niepokój zwierząt. Ludzie mogą ich lubić, ale nie czworonogi. W taki sposób można wykryć niezrównoważonych zafajdańców. Mam taką teorię, że ludzie przesadnie okrutni i niezrównoważeni, zdolni do bezpodstawnej agresji czy brutalnej perwersji, pozbawieni empatii, są właśnie najczęściej nielubiani przez małe dzieci i zwierzęta. Czy ludzie aż tak zatracili zdolność empatii, że ciężko im wykryć niezrównoważenie?
Get into the car
We'll be the passengers We'll ride through the city tonight We'll see the city's ripped backside We'll see the bright and hollow sky We'll see the stars that shine so bright Stars made for us tonight!
04.04.2010, 20:52
The Phillrond napisał(a):Wyrażę w temacie:Mnie za to dziwią problemy z zaakceptowaniem informacji zawartych w podręcznikach z fizyki, chemii i biologii dla szkół podstawowych czy średnich. Informacje w nich zawarte to wynik poznawania świata przez dziesiątki miliardów istot ludzkich, które rodziły się i umierały w ciągu dwóch lub więcej tysięcy lat. Dlatego porywanie się na rozważania o nowych zmysłach to trochę nietrafiony pomysł. Organizmy na tej planecie złożone są z fizycznych cząstek, żyją w fizycznym świecie, więc siłą rzeczy zmysły tych organizmów również muszą być zależne od fizyki cząstek elementarnych. Niby po kiego grzyba, byłyby potrzebne takim organizmom inne niefizyczne zmysły?
Zamierzam stworzyć mężczyznę i kobietę z grzechem pierworodnym. Następnie zamierzam zapłodnić kobietę samym sobą, tak abym mógł się narodzić. Będąc człowiekiem, zabiję się w ramach ofiary dla samego siebie aby ocalić Cię od grzechu na który Cię początkowo skazałem... TA DA!!!
|
|
« Starszy wątek | Nowszy wątek »
|